 |
Burza. Tylko ten, który przeżył burzę w górach, w Tatrach, ale nie gdzieś w podreglowych dolinkach Zakopiańskich, tylko wysoko, w górach, burzę z grzmotami i błyskawicami, tylko ten wie, co to znaczy. Hik, grzmot, zwielokrotniony echem odbijającym się od skał, ogłuszający, potężniejszy niż wszystko, mokre, nieprzyjemne skały, nieodłączny deszcz, wietr i zimno. Jeśli jesteś na grani - do tego wszystkiego dochodzi lęk przed elektrycznością, tym, co jest nam tak przyjazne na codzień. I ten nieuzasadniony, paniczny, instynktowny strach, który mówi - w dół, w dół, prędzej, tam jest bezpiecznie, tam możesz się śmiać z burzy.
VII 97r. Osławiona powódź stulecia. A my - na grani Tatr Zachodnich. 5 VII. Mży. Biała Skała, Siwońska przełęcz - moje pierwsze zetknięcie się z tymi rejonami. Pierwsza dłuższa wycieczka z plecakiem. Z noclegami na grani. Z dala od schronisk. I od razu - w tak "sprzyjającej" aurze.
No bo ileż może padać? A zaciągnęło się na dobre. Chociaż tam, hen, nad Liptowem - słońce. I skrawek błękitnego nieba. Może to tutaj też przejdzie? Ale chyba już nie dziś. Nie idziemy dziś dalej. Rozbijamy namiot.
Tu?
A gdzieżby indziej?
6 VII. Rano.
- Hej, słuchaj, chyba się wypogodzi.
Wyglądam z namiotu. Wypogodzić, nie wypogodzi, ale przynajmniej nie leje. Dobre i to.
Zwijamy się. Plecaki. Idziemy.
Siwy wierch. Nie widziałam nigdy nigdy takich skał. Takiego koloru. I kształtów.
Moje pierwsze łańcuchy z ciężkim plecakiem. Nauka utrzymywania równowagi. I przeciwstawiania się wiatrowi. Bo wieje. Może rozwieje to paskudztwo?
Gdzie tam. Znów mży. A może to po prostu chmura, skraplająca się mgła... Wyjdziemy z niej i przestanie?
Akurat. Ambitne plany coraz bardziej biorą w łeb. Powinniśmy byli być o wiele dalej, niż jesteśmy. A to żadna przyjemność chodzić w deszczu. Poza tym grzmi.
Dziś śpimy na Salatynie. Fajnie tu. Nie wieje, a i od grzmotów chyba bezpieczne, osłonięte. Nawet jest równo i miękko. I co ważniejsze - nie widać nas ze szlaku.
7 VII. Rano.
- Psiakrew. Leje.
Leje, to leje. Chociaż, nie jest tak źle, tylko mży. Poza tym, nie możemy tu siedzieć. A nawet jeśli chcielibyśmy zejść na dół, to na pewno nie stąd
No to pakujemy się. Plecaki. Idziemy.
Wygląda to coraz gorzej. No bo ileż może padać? Godzinę, trzy, dobę? Pada właściwie nieprzerwanie od wczoraj. To znaczy, są przerwy - kończy się ulewa, a zaczyna mżawka.
Chyba nie będziemy szli na Rohacze. Zejdziemy do Żarskiej Chaty. Ale najpierw musimy dojść na Smutną przełęcz
Mały Salatyn. Skrinarki. Spalona.
Ludzi już dawno zostawiliśmy za sobą. Też się chowali po namiotach, jak my. Ale byli mądrzejsi niż my - nie pchali się burzy w gardło. Bo pogrzmiewa. Nie zauważyliśmy tego, bo do deszczu już się przyzwyczailiśmy, a za bardzo jesteśmy zajęci wynajdowaniem drogi w otaczającej nas mgle, żeby zwrócić uwagę na dodatkowe efekty akustyczne.
Jedyne kolory, jakie aktualnie istnieją przed mymi oczami to biel i brunatna szarość. Biel mgieł, czy też chmur, jak kto woli, i szarość skał. Acha, i od czasu do czasu czerwony znaczek. Ale to rzadko. Bardziej kierujemy się widoczną percią (która jednak czasami się gubi) oraz wyczuciem kierunku. Zbytniego wyboru zresztą nie ma, droga jest prosta - granią lub prawie granią.
Niedawno psioczyłam na podwójne szlaki, to jest rozdzielające się - na szczyt i trawers szczytu. Teraz zaczynam je błogosławić. Te trawersy, oczywiście. Co tu dużo mówić - idzie się szybciej, no i pewniej, bo zaczynają mi siadać nerwy. Złowrogie odległe pomruki przesączają się przez uszy do środka i... Działają, powoli, ale skutecznie: szybciej, chodźmy stąd!
Coraz bardziej widocznym jest, że nie damy rady dojść na Smutną . Ale wcześniej nie ma zejścia. Nie ma szlaku! Ale żeby dojść na Smutną , trzeba iść przez Trzy Kopy, a do tego czasu burza na pewno nas tu dorwie."Tu" to jest na grani. Na szczęście nie widać ekspozycji. bo w ogóle niewiele widać. Tak, że jeden ucisk) psychiczny mniej.
Ale i tak ta grzmiąca groza jest wystarczająca.
Wyścig z czasem. Wdrapywanie się i zdrapywanie po jakichś progach, klamry, łańcuchy, balansowanie z plecakiem...
- Stój! Tu chyba nie ma zejścia.
Podchodzę. No tak. Patrzę w przepaśćprzesłoniętą mgłą. Tu faktycznie ścieżka się urywa. Patrzę w bok. Idę parę kroków.
- Tu jest łańcuch.
Idziemy dalej. Tym razem ja przodem.
W ten sposób, wchodząc, schodząc, trawersując, nie bardzo widząc gdzie, a "wiedząc" tylko teoretycznie, mijamy Banikovskie Sedlo, Banówkę, zbliżamy się ku przełęczy.
Przypadkiem spojrzałam w lewo, na północny zachód. Widoczność trochę lepsza, bo widzę parę skałeki jeż nie białe, ani nawet nie szare, tylko czarne chmury burzowe. Nagle... ten koszmarny, basowy, grzmocący huk... Brrr... Niedaleko.
- Jak to blisko ?-pytam krótko i niepewnie.
- Z kilometr - równie krótka i niepewna odpowiedź.
Powoli coraz bardziej zaczyna mnie ogarniać ten instynktowny lęk zagrożenia życia, lęk przeżycia. Podziwiam spokój mego towarzysza. Jego, zdawałoby się, zupełną niewrażliwość na te "niebiańskie" wybuchy gniewu. A może to tylko pozory... Przecież, mogę się założyć, że czuje się odpowiedzialny za mnie, za bezpieczne sprowadzenie mnie na dół. Zresztą, czyż nie obiecał mi, że z nim nic mi się nie stanie? Wolę nie powątpiewać w tę obietnicę.
Znów grzmot. Mój umysł ma gszieś wszystkie obietnice świata, rozsądek ginie tłamszony przez powielaną echem grozę. Zostaje tylko lęk. I adrenalina.
- Czy stąd się nie da gdzieś zejść? - nie muszę dodawac żę w dół.
- Z przełęczy nad Zawratami, podobno łatwo. To chyba już nie daleko.
Westchnienie ulgi. Oczywiście, nie trzeba dodawać, że tam nie ma znaków, że nie wiele widać, i żę nie wiadomo jak to "łatwo" wygląda, ale lepsze to, niż sterczenie tu, w górze, przy asyście grzmotów.
Tak. Przełęcz. Nic nie widać.
- Na pewno stąd da się zejść?
- Wyciągnij przewodnik.
Studiujemy opis. Najpierw ileś m w dół, potem w lewo,trawki, piarg, mogą być problemy orientacyjne...
Co to dla nas. Zwłaszcza, że nie mamy wyboru.
- To tylko godzina. Trzeba będzie obejść kosówkę. Ale z Żarskiej Chaty będziemy widoczni jak na dłoni.
- No patrzcie go! Ja tutaj drżę o swój żywot, a on się martwi tym, że nas z Żarskiej Chaty zobaczą! Co, wlepią nam mandat, że ratujemy się z burzy awaryjnym zejściem? Kretyn!
Chyba trochę delikatniej to tam ujęłam. W każdym bądż razie zaczęliśmy schodzić. Po jakichś? metrach przestaliśmy schodzić w białą pustkę, tylko trawą i piargami. Niżej nawet mogliśmy odsapnąć. Oczywiście, przyszło odprężenie i nagle poczułam cały dotychczasowy wysiłek.
Schronisko nawet już widać. I nas pewnie też. Ale... nie można dojść do niego w lini prostej. Czemu? Kosówka...
W rezultacie - zamiast godziny - trzy. A gdy wreszcie dotelepaliśmy się do starego szlaku, oczywiście przez kosówkę, zarośniętą albo celoo zawaloną ściętymi gałęziami ścieżkę, wtedy dopiero zmęczenie dało się nam we znaki. Jak? Krótko mówiąc - nie bardzo mogłam iść. Mówiąc bardziej obrazowo - nie mogłam ustać na nogach.
Ratunek - glukoza. Kijki teleskopowe. I w dół.
Glukoza niewiele pomoże odmawiającym posłuszeństwa kolanom. Kijki już bardziej. Za to ten ochydnie słodki cukier dodaje dość sporo sił. Ciekawe, na jak długo.
Każdy krok sprawia niemiłosierny ból. Gdyby jeszcze nie trzeba było przedzierać się przez ten gąszcz, nie skakać przez gałęzie z plecakiem... Ciężką próbę mają moje kolana. Cóż znaczy wysiłek woli!
Ale lepsze i to, niż być tam w górze, na grani. No tak, już teraz możemy się śmiać z burzy, A już najweselej jest w schronisku, przy płaceniu za ciepłą zupę:
- A czemu to takie mokre?
- A, burka była...
2 IV 1998
[do góry]
|
 |