 |
Lipiec. Mgła. Śnieg. Skostniałe ręce. Nogi. Skostniały pot. Dreszcze.
Nie ma szlaku. Stójmy. Niech On sprawdzi. Pewnie tylko znak zasypany. Przecież nie zgubiliśmy się. Jeszcze. Cholera, czemuż się nie wrócimy? To jest bez sensu.
Tu jest zimno. I... to stanie bez ruchu. Ten przenikający chłód.
Śnieg. Dreszcze.
I zmęczenie.
Do diabła, jak się idzie, jest przynajmniej cieplej. A nie - tak tkwić. Jak sopel lodu.
Kurde, czy on zamierza tu kiedyś wrócić?
Albo... Albo gdyby tak wtulić się w wyłom skalny, zasłonić od wiatru, przycupnąć w cieple i odpocząć. Przeczekać śnieg. Zagrzać się w trójkę.
Tu jest zimno. Nie czuję palców, wszystko jest mokre.Chciałabym się stąd już ruszyć, może przestałabym dygotać.
Wreszcie.
- No i...?
- Nie ma szlaku. Chyba za nisko zeszliśmy. Wracamy.
Jak długo jeszcze? Jak daleko? Właściwie, to wszystko mi jedno. Chcę tylko ciepła. Odrobiny ciepła.
Idziemy. Na szlak. A potem do schroniska. Do błogiej temperatury 20 `C. Do gorącej herbaty.
Ale na razie jesteśmy tutaj, na wysokości 2200m, gdzie jest zimno, ślisko i przepaściście. Chociaż na szczęście nie wiele widać.
Nie czuję palców. Ale muszę nimi ruszać. Muszę pamiętać, by ruszać
By iść. Ślisko... Nie ważne. Byleby szybciej. Nie, nie jest ślisko. Nie ważne. Krok, następny, następny, jeszcze jeden. Kamienie, kamienie, skały, śnieg, znak... Znak? Pewnie zasypany. Nie, nie, tu jest. Znów krok, następny...
Człowiek jest jak automat. A może to tylko ja nim jestem. Moje myśli są skoncentrowane na jednym : herbacie na dole i by jak najszybciej tam dotrzeć. Zimno? Zmęczenie? Nie ważne. Jeden krok wyzwala następny, ten jeszcze jeden i tak dalej bez końca. Bezmyślnie. Bo o czym myśleć? Że mam totalnie dość i że wolałabym bezpiecznie schodzić na dół? Że się boję wysokości, przepaści i że nie mam sił na pokonanie jakichkolwiek trudności?
Toteż wolę iść, jak automat. Skały, kamienie, śnieg, wiatr, przemoczone letnie ciuchy, krok, krok, krok... Są też łańcuchy. Lodowate, śliskie. Mogą się urwać...
Bzdura . Nie mogą. Ale ja ich nienawidzę. To jest tak nienaturalne-zawierzyć swoje ciało kawałkowi metalu. Wolę skałę. Tam przynajmniej sama wybieram. Ja, nie łańcuch.
Jestem zmęczona. Potykam się. Mam niepewny krok. Zaczynam wpadać w stan odrętwienia, gdy jest mi wszystko jedno, robię się nieostrożna. Wiem tylko, że idę, zrezygnowana, bo wiem, że muszę iść dalej, bez względu na to, co spotkam. Wiem, że przede mną jest Ania i Miłosz, muszę za nimi iść. I wiem jeszcze coś - ta cholerna dziura. Ta durna szpara, którą jakimś cudem udało mi się przejść w tamtą stronę. Teraz muszę zrobić to spowrotem. Odsuwam myśli od siebie, że nie mam na to siły, myśli uporczywie lęgnące się gdzieś na skrajach mojej świadomości.
Koncentruję się na krokach. Na rozcieraniu palców, które nic nie czują. Na przygryzaniu ich, by wrócić krążenie. Na skałach, kamieniach i jeszcze raz na krokach...
Łańcuch. To ona. Ta cholerna szczelina ziejąca pustką.
Przecież tu nie zostanę. Nie ma innej drogi. I nie mogę tu stać, bo trzeba się spieszyć. Bo przed nami też nie będzie drogi.
Miłosz.
Ania.
Teraz moja kolej.
Ja... nie. Nie. Jestem zmęczona. Nie dam rady. Dlaczego nad tą cholerną dziurą nie ma łańcucha? Tam, gdzie naprawdę są potrzebne, nigdy ich nie ma.
- Daj mi rękę. Nie, nie tą. Drugą. Chwyć się łańcucha z tamtej strony, a potem daj mi rękę.
- Ale jak? Przecież...
- No, drugą! Dobrze, no!
Nie zrobię kroku nad tą pustą przestrzenią! Nie... Proszę, nie...
Trudno. Trzeba iść. Przecież TU przeszłam. Wcześniej czy później będę musiała to zrobić. Zimno. Znów te przeklęte dreszcze.
Chwycić się łańcucha. Mocno. Muszę.
Patrzę w dół.
Jeszcze ręka Miłosza. Wychylić się bardziej, bardziej... Jest.
Teraz jeszcze tylko ten jeden krok i będzie po wszystkim. Śmiało. Jeden dłuższy krok.
I...
Zrobiłam. Krok niezapomniany do końca życia. Przeniosłam cały ciężar ciała na lewą nogę. Po prostu skoczyłam, by szybciej mieć to za sobą. Puściłam się łańcucha by już być po drugiej stronie. But, lewy nowy but dotknął skały... i... coś nie tak... skok był zbyt krót...
-PIERŚ-SZYJA-STOPY-CZARNA ŚCIANA-ZEŚLIZGNĘŁAM SIĘ-ON MNIE TRZYMA-WISZĘ-NIE SPADŁAM-BYLEBY WYJŚĆ-JESZCZE NIE SPADŁAM-TO TYLKO RĘKA-KOLANO-ŁOKIEĆ-BUT-SKAŁA-JUŻ SIĘ SAMA TRZYMAM-PODCIĄGNĄĆ SIĘ-TYLKO PODCIĄGNĄĆ-JESZCZE NOGA...
Na górze.
Strach. Strach. Śmierć?
Nie. Wiedziałam. Byłam zmęczona. Ale jestem przy...
- Kochanie, nie rób mi tego więcej...
Pocałunki. Objęcia. Boże, gdyby nie Ty...
Płacz. Nieopanowany. Bezradny. Bezbronny. Uratowany.
Zapamiętanie. Zapomnienie. Czarna ściana. Życie. Strach.
- Już? - to Ania.
Boże, ona stoi tam już wieczność. Zmarznięta. Czeka. Trzeba iść. Muszę się uspokoić. Przecież nic się nie stało. Jeszcze moment. Już.
- Chodźmy.
Wstać. Iść.
Krok. Następny. I jeszcze jeden. Śnieg. Kamienie. Skały. Czarne skały. Czarna ściana...
Nie potrafię! Nie umiem... Za każdym krokiem na nowo.W dół. Wdół. W dół. Nie umiem iść przed siebie. Boję się. Po prostu boję się, że spadnę. Najzwyklej w świecie BOJĘ SIĘ.
- Czekajcie! ...
Trzeba iść.
- Przynajmniej do załomu skalnego.
Wiem. Cholera jasna, wiem, tylko się boję!
- Tam nie wieje. Trochę się rozgrzejemy. Potem pójdziemy dalej.
Nie pamiętam jak, ale zeszłam na dół. Chyba tylko wysiłkiem woli kierowanej przez rozsądek. Szlam jak oferma. Trzymając się każdego kamienia. Skały. Kucając, siedząc. Byleby pewnie. Byleby nie spaść.
Nigdy więcej.
16 VII 1996
[do góry]
|
 |