 |
- Ładna droga, nie?
- Yhm... Chodźmy się czegoś napić a potem na jakąś piątkę z plusem...
- O tak... pić... dawno mnie tak nie suszyło.
- No ładnie, coś ty wczoraj miała w tym samochodzie, co?
- A tobie to niby nie chce się pić, nie? - przekomarzając się schodzimy z Arturem po załojeniu Strednej w kierunku namiotów. Upał jest rzeczywiście niesamowity, mniej więcej taki jak co roku w południe na majówce w Hradoku;-) Zaczynam sobie wyobrażać zimną wodę ze strumyka, najlepiej z Pluszzzzem, o, i umyć się z tego całego pyłu, kurzu i piachu, ymmm, wleźć do boskiego lodowatego potoku, pycha... Rozmarzyłam się.
- Ty, patrz - przerwał mi Artur. Podchodzę do niego. Patrzę na to, na co on patrzy, to znaczy na piękną płytę z rządkiem złotych świecących spitów i podpisem V+. Potem patrzę na niego, zastanawiam się, czy myśli o tym, o czym ja myślę. Oj, coś mi się widzi, że tak...
- Teraz ty prowadzisz pierwszy wyciąg, nie? - pyta Artur.
- Jaaa...? - spity stały się jakby mniej złote i trochę mniej świecące, a i pragnienie nagle się wzmogło.
- To... to później się napijemy, nie...? - mówię zupełnie co innego niż chciałam, przecież pierwsza wpinka jest tak wysoko, no i przecież jest już zdecydowanie zbyt gorąco... Ale droga, jak na złość, wygląda tak pięknie, że... że nie ma to tamto, zdejmuję linę z pleców. - Może... może da się tu założyć jakąś kość? - chciałam powiedzieć "może ty poprowadzisz" ale płyta robi swoje - jest zbyt ładna, żeby dobrowolnie zrezygnować z jej prowadzenia. Poza tym to przecież tylko V+. Wyciągamy szpej.
- Chyba jest łatwe dojście, jak myślisz? - pytam zapominając że między mną a Ołówkiem jest co najmniej ze stopień różnicy. I dobrych kilka centymetrów.
- Spoko, są klamy - otóż to, też tak myślę.
Chyba.
Bo niby to tylko V+, ale w Hradoku to różnie bywa z tymi wycenami. Może to kwestia tego, że andezyt to zupełnie inna skała niż wapień czy granit, nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspinania się po tym. W każdym bądź razie idąc na tutejsze drogi warto robić "u nas" przynajmniej pół stopnia więcej. A lepiej i cały stopień. No, ale za to cóż za przyjemność wspinać się w "skałkach" wielkośći Zamarłej Turni, podczas gdy w Tatrach jeszcze śnieg, w Kobylanach i Podlesicach jak co roku w "długi weekend" tłumy... Abstrahując od tłumów, kto lubi się wspinać po mydle. Tutaj tarcie jest dla odmiany aż za dobre - każde obsunięcie się grozi mniejszym lub większym stopniem pozbawienia skóry.
No to związaliśmy się.
- Mogę iść?
- Możesz.
Trochę mam pietra, mimo że to zaraz nad ziemią. No bo ścieżka, z której startujemy jest trochę eksponowana, no i mogę się na niej nie zatrzymać, a poza tym klamy są chyba trochę mniejsze niż mi się wydawało i w ogóle...
- Wiesz co, ja tu jednak coś założę.
- Jak możesz, to załóż.
Szukam jakiejś szczeliny, szczelinki... O, tu jest coś wymagnezjowane, chwyt niezły, prawie na trzy palce. Wyciągam rocksa, jedynkę, powinien być dobry do tej szpary. Siadł.
Chyba.
Ekspres, lina...
No i proszę - klamy od razu zrobiły się większe.
- Idę dalej - zupełnie niepotrzebnie mówię, Ołówek niepotrzenie odpowiada, ale ogólnie jest dobrze.
Powoli pęłznę w kierunku pierwszego złotego świecącego spita, wcale tak banalnie nie jest, ta jedynka chyba dobrze siedzi. Jest spit, ekspres, lina... Uff, od razu lepiej się człowiekowi na duczy robi. Ba, teraz to płyta jest naprawdę piękna, nietrudna, przyjemna, drugi złoty świecący spit, trzeci...
Ups, nie... nietrudna? Hmmm...
- Nie zeszłaś za bardzo w prawo? - Ołówek z dołu.
- Właśnie chyba tak... - ależ się guzdrzę, przecież tu łatwo i zaraz wpinka - Ołówek uważaj - cholera, co ja tu tworzę, tu trzeba do góry a nie myśleć - Kurde, blok! - co jest, poleciałam. To znaczy lot to może za dużo powiedziane, w każdym bądź razie teraz wiszę na linie. Coś pochrzaniłam, przecież to tylko V+, a ja nie latam na pięć-plusach.
Jak widać.
- Uff, nie wiedziałem, co z którą żyłą robić... - Artur z dołu - to znaczy na której dawać blok.
- Yhm - mówię zła na siebie - a ja się chyba zapchałam. Albo coś przekombinowałam. Mogę iść? - tym razem trochę ostrożniej i spokojniej ruszam do góry, i tak jak myślałam, wcale tak trudno nie jest, aczkolwiek czujnie.
Dobra. Piękne wspinanie. Idę dalej. Kolejny złoty świecący spit, czwarty, potem piąąąt... Piąty? A, tam. Tam???
Ożesz kurde cholera jasna kaka i w ogóle ja TAM mam iść??? Za co? Przecież ta droga miała być piękną płytą, a nie... przewieszoną rysą! Kurcze, czy ja coś komuś złego zrobiłam czy co? Czemu tego nie było widać z dołu, to nie fair...
No dobra, spokojnie. To jest taki prawdziwy "on sight". Skoncentruj się. Następny spit jest wprawdzie daleko, ale tu jest połogo, no dobrze, prawie połogo i na pewno łatwo, pewnie nawet nie trzeba nic zakładać. A poza tym to dobrze, że tak daleko, bo już mam mało ekspresów. A ta rysa to tylko tak wygląda, na pewno jest łatwa. W końcu to V+, nie? - staram się przekonać...
Łatwo bo łatwo, ale przydało by się coś założyć. W końcu zawsze jeszcze są zakręcane karabinki, jak mi braknie ekspresów. Swoją drogą ciekawe, kiedy kończy się ten wyciąg. Rozglądam się uważnie - ta dziura jest super, ale jako klama, a nie miejsce na przelot. Przecież coś musi tu być....
Hak! Wiedziałam. Jak dobrze, że już wcześniej rozdzieliłam żyły. Wpinka, idę dalej.
A nie mówiłam - to tylko wygląda tak strasznie... Fakt, może trochę wypycha, ale tu jest klama, noga na zewnątrz, i na ten kamulec. Niezła póła, mogę się spokojnie zastanowić, co dalej. Zostały mi jeszcze dwa ekspresy... może starczy. W końcu to już ponad połowa liny, miało być krótkie.
Przyglądam się uważnie. Rysa jest dobra - staram się wykorzystać zagrywkę psychologiczną p.t. siła sugestii. Albo pozytywne myślenie. No więc: tu będzie stopień, tam jest klama, druga rękę dam wyżej, tam lewą nogę... Tylko co dalej, jakieś stopnie by się przydały... Ej, myśl pozytywnie! - ochrzaniam się. Przecież stopnie są. Tarciowe.
Idę. Cholera, siłowe, ale puszcza, ekspres, lina, kurcze zmęczyłam się, moment, muszę się jeszcze zastanowić... Zeszłam z powrotem kawałek niżej.
Ech, chyba znów zaczynam marudzić. Łozuję jak nic. Do góry.
Jeszcze raz, dochodzę do spita, wpinam się, kurcze, co dalej, całą moją strategię diabli wzięli, nie ma to jak zastanawiać się w przybloku i chyba w przewieszeniu... - Ołówek, daj blok! - trochę zrezygnowana krzyczę na dół. Fajne V+.
Odpoczywam. Tam ręka, może lepiej tu, albo tam odciąg, jeszcze mogę zaklinować w rysie, a może tam jest jakiś chwyt? - obmacuję andezyt w poszukiwaniu straconych klam... O, jest coś, a tutaj można postawić nogę. Jak wszędzie, tarcie jest przecież znakomite. Przecież to łatwe - tak, tak, myśl pozytywnie, myśl...
- Idę!
Ruszam powoli, cholernie to siłowe, naprawdę, wywala, kurcze, chyba jestem już zmęczona, może założe jakiś przelot, nie, idź do góry. Cholera nie dam rady. Dasz radę - tu się trzymasz klamy na całe dwa palce, jeszcze zaklinujsz, to już będzie w ogóle luzik, choćbyś poleciała to ręka zostanie. Dobrze ustawić nogi, założyć coś i odpocząć, byle szybko. Friend. Wypinam je z uprzęży, cholernie są nieporęczne, bez tasiemek i za dużo ich na tym karabinku. Ten będzie dobry, nie, za mały, wezmę ten większy, cholera, nie pasuje, tamten był w sam raz. Spokojnie, przecież dobrze się trzymasz, nie jesteś zmęczona, nie denerwuj się, weź z powrotem tamten mniejsz... aaaż, kurde, wyślizguje mi się łapa, cholera, friendy! Spokojnie, trzymasz je, ramię-skała, o, od czego są zęby, poprawić chwyyy... aaaż, friendy!!!
Cholera jasna, idiotka, upuścić sprzęt, kretynka, głupia baba! 30 metrów lotu wolno w powietrzu - chyba "były sobie friendy". Szczęście przynajmniej, że nikt nie oberwał. Tylko co teraz? Przelot diabli wzięli, nie dam rady już założyć żadnej kości, muszę zejść do spita - lepiej nie latać, pode mną jest póła.
- Artur, uważaj, schodzę... - jak to było? Tu ręka, noga, nie, nie tak, za bardzo w lewo, nie, dobrze, jeszcze trochę i... kurcze ręka mi wyjeż...! - Ażesz, leeecę!!!
Uff, ale mnie ładnie obróciło.
Na szczęście nigdzie nie walnęłam.
Taaaak, ile to ma? V+?
Akurat.
- Nic ci nie jest? - pyta Artur.
- Nie, wszystko w porządku... Kurde, Artur, sorry, wypadły mi... chyba ci wiszę parę friendów... wyjeżdżała mi ręka i...
- W porządku, zatrzymały się na drzewie, nic im nie jest.
Fuks. Nic im nie jest. Za to mnie jest cholernie głupio.
- Wiesz co, opuść mnie na dół. I tak mi został tylko jeden ekspres
- Na pewno na dół?
- Taaak! - przyznaję, że nie mam żadnych wyrzutów sumienia z powodu wycofu. He, he, dobrze, że nie wyszłam wyżej, bo przynajmniej starczy liny...
- Kurcze, fajne V+, nie?
Ołówek nic nie mówi. Rozwiązuję się, ściągamy sznurek - Patrz, ta pierwsza kostka nawet nieźle siadła, skoro szarpnięcie w bok jej nie wyrwało - Artur już gotowy do boju, jeszcze tylko daję mu jakże obfitą "resztę" sprzętu - Wypnij sobie jednego ekspresa z haka, tego po prawej, myślę, że bardziej ci się przyda wyżej niż tu.
- Idę - wpinam linę do płytki i Ołówek chyżo pomknął do góry.
Niby ma łatwiej, bo nie wypiełam ekspresów, ale przynajmniej szybciej skończymy - właśnie mi się przypomina, że bardzo chce mi się pić...
- Gdzie jest ten hak?
- Na prawo, chyba trochę wyżej... - z zaciekawieniem obserwuję, jak Artur sobie poradzi z miejscem, gdzie się zaplątałam... Przeszedł. Teraz tylko rysa.
c.d.n.
[do góry]
|
 |