![]() |
![]() |
![]() |
||
Bożena Ludwig "Orla Perć" Bożena Ludwig "Burza" Maciej Tertelis "Epizod" Bożena Ludwig "Piątka z plusem" Paweł "Hornet" Moll "Jak to w dziurze bywa ładnie" |
![]() ![]() |
![]() |
||
|
Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi. Ktoś przeciskał się między nieszczęśnikami leżącymi na podłodze - prawie dwudziestu ludzi w naszym ośmioosobowym pokoju w schronisku na Ornaku powodowało spore zagęszczenie ludu i szpeja na metr kwadratowy. Jakiś zaspany głos zacharczał: "Bułgar, to ty?" Bułgar? Szlag. Podświetlam zegarek - parę minut po trzeciej. Szlag. Przecież mieli być z powrotem dopiero za jakieś cztery-pięć godzin. Wyszli przecież o ósmej rano, a nasza akcja w Ptasiej Studni była obliczana na jakieś 24 godziny... No nic, za trzy godziny trza wstawać - w końcu nasza grupa też ma wyruszać o ósmej... Krótkie konsultacje tomnej części zespołu przesunęły jednak "godzinę zero" o dwie do przodu. Przecież nie ma co się spieszyć - skoro oni tak się uwinęli... Przy śniadaniu chłopcy "ze szturmowego" opowiadają: "Mokra Osiemnastka pikuś, tyle, że w Deszczowej Jedenastce jest całkiem spory prysznic". Przemokli, wypiździało ich, wszyscy chodzą trochę przeźroczyści. Juras na pytanie jak było mówi wprost: "Ja was przepraszam że byłem w pierwszej grupie. Macie przej...". Ponoć sznury namokły tak, że będziemy mieć niejakie problemy z retransportem. Jeszcze się umawiamy z Krzyśkiem i Arkiem na spotkanie jutro o 10 przy otworze. Niestety reszta - Bułgar, Juras i Młody - musi już dziś wracać do domu i nie będą mogli robić za szerpów, a trudno tego wymagać od ostatniego członka ich zespołu - Agi. Patrzę na nią - twarda babka, trzyma się dzielnie. Zmęczenie widać tylko po sposobie mówienia - jakoś tak dziwnie wolno odpowiada na pytania... No nic, właśnie wychodzi "grupa turystyczna" pod wodzą Pawła. Ci dojadą sobie tylko do Sali Dantego i wrócą. Dobrze skubańcom. A zresztą - czego marudzę? Sam się przecież pchałem do składu "dennego"... Za pięć dziesiąta - idziemy. Podejście jak zwykle stwarza problemy - najpierw tempo Lamy, potem różnej maści mundurowi, na końcu wiatr rzucający od czasu do czasu kimś o glebę i mgła, która - jak to zwykle w Tatrach - pozwoliła się zgubić nawet tym, którzy dzień wcześniej byli u wylotu jaskini. W końcu "za przełęczą kawałek po trawach i stamtąd już ją widać - taka duuuupna dziura...". Tak, tyle że ni cholery - nie widać nic. No, ale w końcu... Wszpejamy się i w dół, bo już (kurde) pierwsza! Ja, tak dla odmiany od innych okazji, jadę ostatni. Zjeżdżam wlotową sześćdziesiątką (ale fajne punkty - pięciotonowe ringi Petzla, przedłużane na PeZetowĄ modłę - jak w skałach) i... lekka konsternacja. Mogli, skubańcy, zaczekać - jestem przecież pierwszy raz w dziurze! Metodą "zdroworozsądkową" wybieram jedną ze szczelin i pakuję się w nią z pewną taką nieśmiałością. I słusznie, bo za moment staję nad otworem jakiejś "bezdennej studni" i oczywiście zjazdówki tu nie ma. Widać rozsądek został u góry. Wracam i każę poświecić. Aaaa, tędy przeszli! No pięknie, jak na razie daję ciała tak że przepraszam! Ale w końcu na razie jest z górki - jeszcze parę zjazdów (rolka ze stopem, która w skałach w ogóle nie chciała hamować teraz oczywiście trzyma tak skutecznie, że się człowiek od samego ściskania tej "wajchy" bułuje) i jestem w dużej Sali Dantego. Reszta jest już tu od pewnego czasu i rozpoczęła "prace gospodarskie", więc komora wygląda z góry niesamowicie - płonące świece, cienie na ścianach, "zahełmione" postacie... Jak w kościele, albo - nie przymierzając - w krypcie. Popas. Wesoło pracują palniki przypominając historie o Bluetach spadających z palnika pod ziemią, które trzeba było podpalić, żeby gaz nie potruł wszystkich dookoła... Eee, tam. Takie rzeczy się nie zdarzają... Dla rozrywki proponuję Wafelkowi żeby zrzuciła z siebie te niewygodne łaszki i podniosła temperaturę jakimś pokazem. Reszta męskiej ekipy mnie popiera, tylko ona - nie wiedzieć czemu - jest jakoś dziwnie oburzona. Słyszymy głosy zbliżającej się z góry ekipy, znaczy czas na nas. Dojadamy, dopijamy, jeszcze wspólne zdjęcie i - my na dół, oni rest i na górę. Cholera, ale im zazdroszczę... Studnia Flacha - pikuś. Zjazdy już były. Tyle że zaraz potem Zacisk Klasy Lux. Opowiadali o nim, że trudniejszy niż Wyżymaczka, w której walczyli w zeszłym roku, może nie jest, ale też niewiele łatwiejszy. Zostawiamy tu wory - bateria i tuba mleka do kieszeni i trzeba włazić w te Z1. Cholera, to nie jest zabawa na mój gabaryt. Walczę o życie i gęsto okraszam wszystkie zaciski świata najsoczystszymi komplementami. Wszystkiego musi wysłuchiwać biedny Lama - przynajmniej jedna poczciwa dusza coś pomoże... Drrrap, nareszcie przelazłem, niestety spodnie przypłaciły to dziurą. Nie pierwszą i nie ostatnią - do otworu wyjściowego dotarły już w strzępach. No, garnek na głowę (nie mieścił się kalfas w zacisku) i zasuwamy dalej. Na razie w programie znowu zjazdy. "Nie ma przyjemności bez wilgotności" mawiał Druciarz, więc jak tu się nie zagłębić w Mokrą Osiemnastkę... Potem kawał przyciasnawych korytarzy i czołgania - trza ćwiczyć, jesteśmy w końcu w NATO! Chwilę później konsternacja - którędy teraz? Rozpoznanie bojem przyniosło jednak skutek - Grześ wlazł w poszukiwany Zacisk 4/3 i klnie czemu za nim nie idziemy, bo leży w wodzie a trzeba mu graty podać... I znowu, i znowu, i jeszcze raz... Oczywiście zjazdy - prożki, potem Szczelina Nie Do Wyjścia. Taka fajna kilkunastometrowa pochylnia o wysokości parudziesięciu centymetrów. Dziękuję Bogu (czy raczej Binowi, od którego wyszabrowałem całe jaskiniowe żelazo) za rolkę z hamulcem i myślę o tych, którzy będą tu chcieli się shuntem asekurować... Przecież nic tak nie cieszy jak cudze nieszczęście. I jedna z ostatnich atrakcji - Deszczowa Jedenastka, gdzie miał płynąć wodospad. No, może na odwodnienie nie zejdziemy, ale bez przesady. Zresztą poczekajmy - będzie to trzeba "pod prąd" przejść... Za moment znowu pochylnia - tym razem dupozjazdowa, czyżby już??? Ano, pane. Lama i Grześ coś tam się wydzierają z dołu - aha, są już przed tą Zet-Dwójką, która prowadzi na Nowe Dno. Tyle że to jeszcze tylko kilka metrów deniwelacji, a ta "2" daje do myślenia. Wahanie było krótkie - kończymy, w końcu Arek z Jurasem też dali sobie spokój. Na póle nad pochylnią spotykamy się z resztą - Wafelek z Ołówkiem schodzą na dno, chcą ewentualnie popróbować... Patrzę trochę jak na, hmm... No ale w końcu to ona po Luxie stwierdziła, że "to przecież fajne", wrrr. Zresztą z takimi gabarytami (nie mylić z wymiarami oczywiście) sprawa wygląda zupełnie inaczej. Jedynie Krzychu nie daje się zwariować i daje sobie spokój. W każdym bądź razie oni na dół, dwóch już do góry, żeby zbyt dużego tłoku na sznurach nie było, a ja i Grześ czekamy na razie tutaj. Od czasu do czasu dopytujemy się co tam na dole, a dla zabicia czasu liczymy ile by trzeba czekać na pomoc "jakby co" - z 5 godzin do góry, zadzwonić (przy wylocie czeka oczywiście telefon), jeśli jest dupówa to chłopcy najszybciej będą przy wylocie za 2-3, zanim dojadą na dół następne 4. W sumie nieciekawie. I oczywiście w ramach rozwinięcia tematu słyszymy "Chodźcie na dół, Ołówek przeleźć z powrotem nie umie!". Patrzymy na siebie - no pięknie, zaczęło się. Dwóch na dole nie trzeba, więc Grześ bierze moje pętle i daje na dół. Całe szczęście dość szybko wyrwał Ołówka "ze śmiertelnego uścisku kamienia" i zaczęliśmy powrót. No i wszystkie pochylnie, kominy, korytarze w odwrotnej kolejności. Tyle, że teraz trzeba tachać te cholerne sznury, a jak wiadomo "retransporcik w dupę leje...". No i znowu jesteśmy pod Luxem, zdejmuję uprząż (bo chociaż coraz lepiej mi te zaciski idą, lepiej nie przeginać), przeciągam trochę kostury i... Tyle widziałem moją starą, dobrą czołówkę - poszła w taką szczelinę, że choćby mi się chciało i tak bym po nią nie dał rady zjechać. Trudno - straty w akcji są nieuniknione. Dobrze chociaż że tutaj diabli ją wzięli, bo zaraz za zaciskiem Lama ma zapasową (normalnie korzysta z karbidówki, którą od czasu do czasu coś podgrzewa - a to jakiś sznurek, a to czyjś zadek...). Na razie (idę ostatni, bo na pewno zajmie mi to najwięcej czasu, niestety) Ołówek pożycza mi czoło - poświecę mu z tyłu ja, z przodu Krzychu i jakoś to będzie. Oczywiście znowu powalczyłem, ale za to w nagrodę - już za zaciskiem - gorąca herbata z termosu i sznur w studni Flacha do wyciągnięcia. Przynajmniej mogę małpować na lekko... I nareszcie ponownie Sala Dantego - dochodzę w dobre pół godziny po pierwszym i przez chwilę się zastanawiam co takiego srebrnego na glebie leży. Aaa, to Krzychu wlazł w NRC-tę i drzemie. Resztę trochę telepie i zazdroszczą mi, że jeszcze jestem rozgrzany. Fakt - po jakiejś godzinie też mi zaczyna piździeć, ale za to w brzuchu zaczynają się pojawiać kanapki, orzechy, batoniki (nie mylić z Wafelkiem) i nareszcie konkretne ilości picia. Około trzeciej niezgrabnie się ruszamy - zapada decyzja, że przez studnie wyjściowe graty wyciągamy przez bloczek - nikomu (no, za wyjątkiem Lamy) chyba się już nie chce małpować z -nasto kilogramowym worem na plecach. Okazało się, że najbardziej skorzystali na tym rozwiązaniu "wyciągacze" - trochę pobułowali, ale przynajmniej było im ciepło - "w odwodach" telepało nami wszystkimi równo - aż się człowiek małpowania nie mógł doczekać (tyle że znowu daję pokaz mocy - każdy sznur przechodzę chyba z połowę dłużej niż inni - jak oni to robią?)... I wreszcie wielka chwila - nade mną światło dzienne. Zegarek mówi, że już dziewiąta - no pięknie, 6 godzin od Sali... Jeszcze tylko wyciągnąć z Lamą i Grześkiem ostatnie 80 m liny z worem na końcu i jesteśmy na powierzchni, cóż za piękny widok! Teraz można dla odmiany... pomałpować - nad otworem jest jeszcze 50 metrów progu. Za to nad nim spokojnie leżą suche ciuchy - co to za luksus, szkoda że jeszcze butów na zmianę nie mam (eee, tam - to by już była rozpusta). Tyle że teraz trzeba będzie znieść wszystkie graty na dół, a jesteśmy chyba jednak bardziej skorbieni niż "szturmowcy". Przyroda oczywiście ułatwia nam zadanie racząc nas mgłą, mżawką, cholernym wietrzyskiem i od czasu do czasu śniegiem... No, teraz tylko trafić na szlak i już z górki. Oczywiście nie poszło tak łatwo, ale za to na przełęczy spotkaliśmy Krzyśka i Arka - "zacni towarzysze", napisałby o nich Żuławski. O wpół do pierwszej wchodzę do schroniska - ostatnio byłem tu ponad 26 godzin temu... Wreszcie suchy, lekko podczyszczony siedzę w jadalni nad pierwszą z niezliczonych dziś menażek herbaty. Siedzę sam - tak nam nagle "spuchła" grupa, że przy głównym stole zabrakło miejsca.. Zresztą jest mi tak dobrze - mówienie męczy, a ja już jestem "dość" wypruty. Siedzę i ponownie przeżywam całą akcję - był to w końcu "mój pierwszy raz"... Warto było? Człowiek ledwo siedzi, spodnie poszły w pasy, czołówka w diabły... Cholera, na pewno nie żałuję. Zresztą ani razu nie wymówiłem sakramentalnych słów "nigdy więcej do dziury". Bo i po co? I tak wiem, że przy najbliższej okazji (choć "najbliższa" oznacza minimum kilka miesięcy) znowu się zmienię (na krótko oczywiście) w troglodytę. Co za popieprzony sport. Sport? Powyższy opis wejścia jest oczywiście fikcją i nigdy nie miał miejsca w rzeczywistości, a wszelkie podobieństwa do istniejących osób i dziur są całkowicie przypadkowe i niezamierzone. |
||||
[strona główna] [galeria] [teksty] [skały] [góry] [linki] [o autorce] |
![]() |
|||