 |
To był czerwiec 1998 roku. Potem był mój pierwszy wyjazd w skałki - do Rzędkowic. Były wtedy zawody klubowe. Tylko mi pokazywano tych co bardziej "wielkich" i mówiono "To jest Krzysiek Wielicki, a to Napał. A, a to jest Adam Zyzak, co, nie wiesz, kto to jest Adam Zyzak? O, a to jest Muller, Łukasz Muller, on na pewno wygra. Nie mów, nie słyszałaś nic o Łukaszu???"
I tak dalej. Podobnie też mój instruktor - Paweł Pallus - nie mógł się nadziwić, że wiem, gdzie są Papirusowe Turnie, a nigdy nie słyszałam o Rzędkowicach...
Potem były pierwsze drogi. Przyzwyczajona do tatrzańskich, pozaszlakowych turystycznych "I" i "II" bez liny i w ekspozycji zupełnie nie potrafiłam się odnaleźć w skałkowej wycenie. Paweł mi nie ułatwiał. Kiedy o "Słonecznym Trawersie" powiedział, że to jest "trochę trudniejsze" - byłam przekonana, że właśnie robię "III"-kę: no, było trochę trudniejsze, niż to, co robiłam w Tatrach, że w trekach? w Tatrach też byłam w trekach, za to tu jest lina i nie wysoko... "Prowadziłaś to?" - spytali się znajomi, z którymi wracałam, "No, tak, a co?" odpowiadam, oni patrzą po sobie - "Wiesz, to jest V-ka..."
Kurs skończyłam dopiero jesienią, bo wakacje wolałam spędzić w Tatrach. W grudniu, dokładnie na Sylwestra, zaliczyłam swoją pierwszą "wpadkę" - nie planowany biwak, jakieś 20 metrów pod wierzchołkiem Ciężkiego, które okazały się dla nas nie do przejścia. "Biwak" połączony z akcją klubowych kolegów, którzy byli wtedy w Chacie po Rysmi, dzięki czemu skończyło się tylko na moich niewielkich odmrożeniach. No i, oczywiście, po tym epizodzie zaczęto mnie już w klubie kojarzyć.
W lutym czekały mnie kolejne "przygody" - zostałam świadkiem, jak to 40-metrowy lot zakończony lądowaniem na ziemi skończył się... kontuzją nadgarstka. Czyli jak Wojtkowi darowano drugie życie. Nam zresztą chyba też - aż za dobrze pamiętam, kiedy z duszą na ramieniu przemykaliśmy się pod wschodnimi zboczami Kościelca, patrząc na grób Karłowicza i jak strącone przypadkiem kulki śniegu rosną i rosną staczając się w dół... W ten sposób zauważyliśmy, że właśnie ogłoszono alarm lawinowy.
Jak to się mówi - "głupi ma szczęście..."
W końcu moje pierwsze wspinaczki w Tatrach - 3 miesiące po "Ciężkim", na początku marca, w pełni zimowych warunków. Niestety, pozostały bez echa i większych wrażeń, bo... były po prostu udane. :-)
Potem w maju kilkudniowy wyjazd do Hradoka - w skały o rozmiarach Zamarłej Turni, i o takiej też długości drogach.
W czerwcu klub organizuje "konkurs dla kursantów", którego głowną nagrodą jest spore dofinansowanie na kurs taternicki w "Betlejemce". Dzięki wygranej mogę zrobić ową Kartę Taternika, o której już prawie zdążyłam zapomnieć, a przez którą przecież w ogóle tu trafiłam... Choć czasem myślę, że wcześniej czy później i tak bym wtopiła w to całe wspinanie.
Jeszcze jeden szczegół - przed kursem znajomi wyciągneli mnie w Dolomity. Wyjazd był udany, choć się go obawiałam - no bo jak tak, ja, bez żadnego doświadczenia, i od razu zaczynać, tak z grubej rury... Ale za to jak wesoło było na kursie. Trafiłam do zespołu razem z drugim zwycięzca klubowego konkursu, który dla odmiany własnie wrócił z Igieł w "Szamoniksie".
Nigdy nie zapomnę, jak nasz instruktor - Kazik Szych - "denerwował" się i "krzyczał" na nas np. na nowej drodze Miksera (kombinacja Drobot - Byczkowski): "No uspokójcie żesz się! Jak wy się zachowujecie...! Ja jestem w pracy, a wy... wy mnie rozśmieszacie! Tu kursanci walczą o życie, a wy sobie robicie jaja!"
Tak, tak, to poważna sprawa, ten cały eeee... alpinizm...
[powrót]
|
 |

 |












 |